Tamtego dnia stał nad grobem swojego ojca, gniotąc palcami papierki po cukierkach, pochowane w kieszeniach marynarki. O Boże, co za żenada. Jeden z guzików marynarki odpadł mu podczas jej zakładania. Cóż... myślał, że nie jest aż tak źle. Czuł się jak gówno, mając tłuste włosy zaczesane do tyłu, spocone od stresu plecy i pachy. Czuł zażenowanie, kiedy tak stał wśród ciotek, zanoszących się płaczem i smarkających raz za razem w mocno już sfatygowane chusteczki. Obejmowały się nawzajem, mówiąc ''Żył tak krótko'', ''Biedny Jimin''. Potem podchodziły do niego, całując go w policzki przynajmniej ze trzy razy w jedną stronę albo cztery dla lepszego samopoczucia, zostawiając ślady szminek na jego skórze.
— Ale dzisiaj słonecznie — odezwała się jedna z nich, a Jimin automatycznie podniósł głowę do góry, spoglądając na bezchmurne niebo.
No i rzeczywiście tego dnia było słonecznie. Kiwnął głową, a ciotka uczepiła się jego ramienia. Miał wrażenie, że kołnierz wbijał mu się w szyję, a może nawet i wbijał tak na serio. Nie był pewny. Słyszał ciąganie nosem i dziwił się, że te wypłakały się za niego nawet z pięć razy. Czuł się dziwnie, ponieważ nie uronił żadnej łzy, a miał wrażenie, że chyba powinien. No, a przynajmniej tak by wypadało. W końcu znajdował się w trochę kiepskiej sytuacji.
Ciotka wycierała policzki mokre od łez chusteczką, mimo tego, że wcześniej w nią smarkała. Dotknęła jego ramienia, a potem uśmiechnęła się do niego słabo.
Chłopiec odwzajemnił uśmiech.
— Trzymaj się.
No i tak zamierzał.
Jego ojciec leżał (no dziwne, gdyby stał) w trumnie. Leżał odziany w swój jeden z najdroższych zakupionych przez siebie garniturów. Jeden z setki innych, kiedy Jimin jako dzieciak musiał męczyć się z jedną parą spodni przez całe dwie klasy, a koledzy śmiali się z tego, że ma dziurę na nogawce. No właśnie. Ojca widywał tylko w święta. Życzyli sobie Wesołych Świąt, Jimin dziecięcym przepełnionym miłością głosem, ojciec tak jakby z obowiązku, bez empatii. Często spotkania te, trwały parę minut, ojciec tłumaczył się brakiem czasu. Jimin nauczył się nie rozpamiętywać tego. Teraz po paru latach wreszcie jego stary jest w stanie zobaczyć go w garniturze, nie tak jak wtedy, kiedy chłopak szykował się na egzaminy i liczył na wsparcie ojca, a wcale go nie otrzymał.
Kiwnął głową do księdza, dając mu znak, że może zamknąć już trumnę.
Potem obrócił się na pięcie, zapamiętując blade ciało, siwe włosy i opadniętą skórę. Paczka najtańszych papierosów wbijała mu się w udo, przypominając mu o ich obecności.
Tamtego dnia było słonecznie, a śnieg wcześniej zasypał zgniłą już trawę. Jimin trzęsącymi się dłońmi wyjął paczkę papierosów z tylnej kieszeni spodni. Było słonecznie i brakowało mu tylko upierdliwego wiatru, który uniemożliwiłby rozpalenie zapałki, żeby podpalić wygniecionego papierosa.
Usiadł za kierownicą, przedtem trzaskając dość głośno drzwiami. Obserwował ciotki i wujków przez szybę, których tak naprawdę nie znał, ale jakimś dziwnym trafem te znały jego. Miał papierosa pomiędzy wargami oraz schowaną kasetę Oasis gdzieś w schowku, a promienie słoneczne podrażniały jego oczy.
Dziwnie.
sargas –42° 59′ 52,18″
W jego domu było zimno oraz śmierdziało wilgocią. Na ścianach były wyraźne ślady po grzybie, a na szafie widniały różnokolorowe naklejki z zespołami. Łóżko było niepościelone, a piecyk brudny. W jego domu było zimno, chociaż miał na sobie jeansową kurtkę i czarny golf. Było zimno, a wiatr przedzierał się przez porysowane, stare, drewniane drzwi, które już nieraz były wyważane. Inaczej niż u jego ojca. Chyba powinien tam być. Być w domu. Być w domu jego ojca i być na tych wszystkich zdjęciach rodzinnych powieszonych wysoko na wyblakłych ścianach. Tam. Jedyne co tam się znajdowało, to stara pusta ramka, postawiona na środku komody. Bez zdjęcia.
Westchnął, siadając na łóżku, które skrzypnęło pod jego ciężarem. Czuł wszystkie sprężyny. Czuł dziury w materacu. Położył się, zamykając oczy i wyobrażał sobie jak leży przy matce. Zastanawiał się co u niej. Zastanawiał się, czy ma się dobrze z innym facetem. Czy go kochała bardziej niż jego ojca? Wyobrażał sobie jej obecność, aż potem zasnął w samotności, wyobrażając sobie, jak wtula się w jej ciało. Tego wieczoru nie śniło mu się nic.
Tego wieczoru nie śniło mu się nic, a jedyne co było słychać to dzwoniący telefon. Było słychać dzwoniący telefon, a potem to, jak ktoś nagrywa się na pocztę głosową.
— J-Jimin. J-Jimin, halo. J-ja wiem, ż-że jesteś zajęty, a-a-ale... — głos się urywał i jedyne co było słychać, to ciężki oddech. — Gwiazdy tego wieczoru są najpiękniejsze, a ja chciałem. Chciałem na nie popatrzeć razem z tobą — Yoongi śmiał się.
Tamtego wieczoru gwiazdy były najpiękniejsze, a Yoongi oglądał je sam. Yoongi oglądał je sam, będąc jedną z nich, chociaż wcale tego nie wiedział. Nie wiedział, że wszystkie gwiazdy kiedyś tracą swój blask.
sargas –42° 59′ 52,18″
Był początek grudnia i drugi dzień tygodnia, kiedy Jimin z piskiem zaparkował przed domem Yoongiego. Miał chłodne dłonie od trzymania kierownicy oraz czerwony nos. Miał na sobie wczorajsze ubrania, ale wcale nie śmierdziały. To raczej dobrze. Śnieg zasypał drogę, ale nadal padało, zamazując mu obraz. Roztarł dłonie i wysiadł z samochodu, trzaskając drzwiami.
Kiedy stanął przed drzwiami, miał obawy, czy powinien pukać. W końcu Yoongi mówił mu, że może wpadać wtedy, kiedy tylko chce. Wahał się, ale potem zauważył, że są otwarte. Nie pamiętał, aby Yoongi zapominał zamykać drzwi. Popchnął je delikatnie i dopiero wtedy zauważył wybitą szybę.
Był początek grudnia i drugi dzień tygodnia, kiedy Jimin wszedł do domu Yoongiego po raz kolejny, a brak w nim właściciela wyczuł na odległość. Zauważył porozrzucane rzeczy, brak pianina, zwisającą bezwładnie słuchawkę. Zauważył porozwalane szkło po wybitej szybie i pęknięty telewizor. Był początek grudnia i drugi dzień tygodnia, kiedy Jimin odczuwał skutki zimy, po czym niepewnie wszedł do pustego domu. Chyba pustego. Oby nie.
— Yoongi? — spytał, opierając dłoń o piec.
Stał w jego kuchni. Nie pachniało przyprawami. Nie pachniało Yoongim.
Co jest...?
— Yoongi, gdzie jesteś?
Czuł niepokój. Czuł swoje szybko bijące serce. Było zimno, a mróz szczypał go w palce. Wyszedł na dwór, aby sprawdzić tyły domu. Tego dnia były dość spore zaspy, a śnieg nadal sypał, zasłaniając mu widoki.
— Yoongi to ty, prawda? — spytał, kiedy widział opierającego się o murek chłopaka. — Błagam, Yoongi powiedz, że to ty — powtórzył i przyśpieszył kroku, a chłopak nadal nie odezwał się słowem.
Był początek grudnia i drugi dzień tygodnia. Gwiazdy świeciły na niebie, a śnieg zasypał wszystko, co tylko możliwe. Był początek grudnia, kiedy Jimin klękał przed Yoongim i chwycił jego blade policzki w dłonie. Klepał go po policzkach i potrząsał jego ciałem.
Śnieg pokrył jego bezwładnie zwisające dłonie. Śnieg obsypał jego włosy, a rzęsy posklejał mróz. Był siny, a jego ręce miały ślady po nakłuciach. Miał granatowe usta i zamknięte oczy.
— Błagam Yoongi — zdjął z siebie kurtkę i zarzucił na jego ramiona. — Yoongi proszę, powiedź coś.
Śnieg zamazywał mu obraz. Nie płakał, kiedy Yoongi nie chwycił go za kark. Nie płakał, kiedy Yoongi nie złapał go za materiał golfa. Tylko był bezwładnie w jego ramionach. Po prostu był. Był, a Jimin chciał tylko zobaczyć jego uśmiech. Jimin chciał poczuć jego obecność. Jimin chciał sprawić, aby Yoongi uśmiechnął się dzięki niemu tak pięknie.
— Yoongi, proszę...
Był początek grudnia i drugi dzień tygodnia, kiedy serce Jimina biło szybko, a serce Yoongiego nie biło już wcale.

0
Prześlij komentarz