Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X

poniedziałek, 26 czerwca 2017

1 - PUT YOUR HANDS UP IN THE AIR



Moje finanse są w stanie krytycznym, a mój portfel domaga się o przynajmniej odrobinę wonów. Przynajmniej o taką ilość, aby było mnie stać na bułki i kurczaka w chrupiącej panierce. Nie, żebym wybrzydzał, czy coś, ale dwa miesiące temu jadłem takie rarytasy, do momentu aż wydałem wszystkie oszczędności na nową grę na playstation. Jednak było warto i co z tego, że już kolejny tydzień jem ryż z jakimś sosem? Bez przesady, mogłem jeść sam ryż, a zresztą w niedzielę i tak chodzę na obiadki do rodziców. Jednak nie są to do końca miłe wizyty. Za każdym razem pytają mnie, kiedy się w końcu ustatkuję i znajdę sobie dziewczynę. Jakby wiek dwudziestu dwóch lat był już na to czasem najwyższym. Moi rodzice są staromodni, a mnie jakoś nie ciągnie do związków, a chyba powinno. Zresztą tymczasowo mocno shipuje Jin x mcflurry. Wymyśliłem nawet sobie fajną nazwę; mcjinflurry. Nie jestem zbytnio pomysłowy.

Czuję, jak drga mi oko, kiedy spoglądam na mojego klienta, który wygląda, jakby miałby się zaraz zesrać ze strachu. Oczywiście zesrać w pampersa, bo wiekiem nie grzeszy. Zauważam kobietę stojącą przy stoliku tuż naprzeciwko kasy i jestem pewny, że jest to jego mama, ponieważ ta macha do niego, kibicując. Kibicując, jakby przynajmniej zdawał swój najważniejszy egzamin w życiu.

     — Dzień dobry, co podać? — pytam, produkując się na uśmiech, który chyba bardziej przypomina skurcz twarzy, ale gówniak nie narzeka, to ja tym bardziej.

     — Happy meal'a — odpowiada dość cicho, przez co wzdycham w duchu, bo na zewnątrz nie wypada. Nabijam na kasie sumę, mając cichą nadzieję, że to wszystko. — W zestawie z chicken nuggets, snack wrap, cheeseburger, czy hamburger?

     — Ummm — mruczy przez pewien czas i zauważam, jak zaczyna panikować, ponieważ jego głos drży. — Chicken nuggets.

     — Coś do picia?

Dzieciak milczy przez jakiś czas, a dopingująca mamuśka nic nie pomaga. Nagle zanosi się płaczem, a ja nie rozumiem o co chodzi. Przełykam ciężko ślinę. Przecież zapytałem tylko o to, czy chce coś do picia. Mógł pokiwać głową, że nie, to nie byłoby problemu. Nie wiem co robić, więc tylko stoję przy kasie, a matka dzieciaka panikuje równie tak samo, jak bachor. Zaczynam mówić, że hej przecież nic się nie stało.

Łączę wątki w ekspresowym tempie i ogarniam, że płacz dzieciaka może doprowadzić mnie do straty mojej chyba tysięcznej pracy, dlatego zagryzam nerwowo wargę, kiedy ta sucza obok, obsługująca drugą kasę, spogląda na mnie ze skwaszoną miną. Kiedy ta sucza i dziesiątki innych klientów patrzy w naszą stronę.

     — Może się zamieńmy — pyta Shownu, chwytając mnie za ramię, a ja automatycznie kiwam głową na znak, że OCZYWIŚCIE, ŻE SIĘ ZAMIENIMY.

🐢🐢🐢🐢🐢

Myślałem, że lenistwo z wiekiem mi przejdzie. Myślałem również, że rodzice całe życie będą mnie pod dachem, a stało się, jak stało. Nie mieszkam z rodzicami ani nie przeszło mi lenistwo. Mam na sobie koszulkę z logiem Mcdonald, ale czego się można było spodziewać, znając moje szczęście? Kiedyś marzyłem, że zostanę policjantem lub strażakiem. Z czasem doszedłem do wniosku, że praca za biurkiem też nie byłaby taka zła. Picie hektolitrów kawy, objadanie się ciasteczkami i bujanie na wygodnym krześle było kuszące. Granie w pasjansa, gdy akurat szef nie patrzy, też byłoby spoko. Jednak okazało się, że mnie tam nie chcą, duh.

Sucza zza kasy nadal zerka w moją stronę co chwilę, ale nie jestem pewny, czy to dlatego, że faszeruję mcwrapa już drugą porcją sałaty, czy po prostu jej podpadłem i muszę uważać. Czemu muszę uważać? Większej wazeliniary w życiu nie spotkałem a kablowanie dla szefa to jej główne hobby. Ogarniam się i podaję zamówienie dalej, w kierunku tego drugiego... zresztą nie wiem, jak on ma na imię, ale na pewno ma sześćdziesiątkę na karku i dorabia sobie do emerytury.

Co ja tu robię?

W sumie, po co mi jego imię? Nawet nie staram się spojrzeć na plakietkę. Niepotrzebne mi to do szczęścia, skoro jestem tu tylko i wyłącznie dla pieniędzy, a nie dla nowych przyjaźni... Krzywię się z obrzydzenia, kiedy inny mój współpracownik rozgląda się na boki, aby upewnić się, czy nikt go nie obserwuje i pluje do hamburgera. Boże, co ja tu robię? Jak długo jeszcze tu wytrzymam? Zwariuję, jeśli po powrocie do domu, znajdę kolejną dostawę pocztówek z zeszłorocznych świąt. Zwariuję, jeśli ta sucza z kasy obok, opowie wszystko szefowi i zwariuję, jeśli ponownie będę musiał wrócić do pracy w sklepie z owocami i każą nakładać mi ten strój. Ten okropny strój banana...

Jednak jak to się mówi piątek, piąteczek, piątunio, więc jeszcze parę godzin i bajabongo. Już do końca tego tygodnia mnie tu nie zobaczą i bardzo dobrze. Dlatego śmigam do półeczki z innymi zamówieniami w rytmie granej w radiu muzyki, której i tak właściwie nie słychać, ponieważ wszystko przekrzykuje tłum ludzi, ale co tam. Zatrzymuję się, kiedy przez szybę, zauważam niezłe autko. Tak niezłe, że nawet nie wstydziłbym się przyjeżdżać nim do szkoły, więc jest serio muah, muah. Jednak już nie jest spoczko foczko, kiedy wychodzi z niego czwórka jakichś facetów, ubranych w kominiarki a ja staram się nie zauważać schowanych za paskiem spodni pistoletów. Sram.

Powoli kieruję się w stronę Shownu, który naciska na kasie wszystkie te guziczki i ciężko przełykam ślinę. Znowu.

     — Shownu, bo ja się trochę boję — zaczynam szeptem, szturchając go w ramię.

     — Spokojna głowa, raczej cię nie wywalą.

     — Serio? — mówię, podnosząc głos za wysoko, ale szybko przypominam sobie o tych facetach. — Nie o to mi chodzi.

     — Bułki są w składziku.

     — Nie! Po prostu...

     — RĘCE DO GÓRY — krzyczy jeden z nich, kiedy wchodzą razem do budynku, a ja nie wiem, o co chodzi, zresztą jak reszta. Zaraz się popłaczę. — GŁUCHY JESTEŚ, RĘCE DO GÓRY — ten taki bardziej napakowany na przodzie, ładuje broń i kieruje ją w stronę głowy jakiegoś klienta.

Ja rozumiem put your hands up in the air i te sprawy, ale to serio nie jest śmieszne. Pierwszy raz w życiu zaczynam doceniać moje dotychczasowe życie, nawet te wszystkie świąteczne pocztówki. Cholera. Mogłem pracować w KFC. Mogłem nie podjadać frytek. Mogłem mieć inną zmianę. Cholera, to moja jedyna praca, na której serio mi zależy, ponieważ innego wyboru nie mam. Zresztą tutaj też mogę się pochwalić moimi gastronomicznymi talentami, więc...

     — Hola, hola, może się dogadamy? — mówię, wysuwając dłonie do przodu, chcąc zasygnalizować im, że nie mam czym się bronić.

     — Co? — prycha jeden z nich.

     — To moja jedyna praca, na której mi zależy, więc może się dogadamy. Nie mam innej pracy, a ryżu nie pójdę zbierać, bo moje dłonie na tym ucierpią. Do tego nie wszystko da się załatwić przemocą. Peace, ludzie — chichoczę nerwowo, będąc dość blisko gości, którzy zaraz połamią mi kości. Yeah.

     — ZAMKNIJ MORDĘ — krzyczy tamten w moją stronę, kierując na mnie broń, przez co automatycznie, padam na kolana, opuszczając głowę w dół.

     — PRZEPRASZAM! NIE ZABIJAJCIE MNIE, MAM RODZINĘ, PLAYSTATION I PARĘ GIER NA STEAMIE! — krzyczę tak samo głośno, jak tamten, składając dłonie jak do modlitwy.

Czuję, jak serce mi bije niemalże z prędkością światła. Czuję, że jeszcze parę minut i wyskoczy mi z piersi. Czuję, jak jest mi duszno i zaraz się popłaczę z bezradności. Popłaczę się jak ktoś całkiem niedaleko nas. Czasami aż wbija człowieka w krzesło, kiedy pani od matematyki szuka osoby do zrobienia zadania przy tablicy. Obecna sytuacja jest o wiele gorsza niż jakaś tam lekcja matematyki. Nie sądziłem, że o tym kiedykolwiek pomyślę, ale naprawdę.

Zaciskam oczy z całej siły, kiedy jeden z nich podchodzi do mnie tak blisko, że zauważam jego czubki butów. I to jest ostatnia rzecz, jaką zapamiętuję, do momentu, aż czuję rozprzestrzeniający się w ekspresowym tempie ból głowy. Przed moimi oczami pojawiają się mroczki, wszystko zaczyna wirować a ja odnoszę wrażenie, że umieram.

No albo nie wiem. Może po prostu ja jestem pojebany?