1
[bodine koehler - money]
Wmawiał sobie, że to ciekawość go tam zaprowadziła. Wmawiał, że to pragnienie, które nasilało się z każdym następnym dniem. Albo coś pomiędzy. Jednak było trochę inaczej. Tutaj nie chodziło o niskie zarobki. Nie chodziło o nieszczere pocałunki na dobranoc i fałszywe przytulanie sprawiające wrażenie czułości. Nie przeszkadzała mu różnica pięciu lat. Ba! Dwudziestu, nawet trzydziestu pięciu. Co to za problem?
Był tylko chłopakiem potrzebującym pieniędzy i wiedział jak je zdobywać. Miał swój misternie tkany plan. Nawet jeśli w grę wchodził hazard. Hazard bądź handel albo jeszcze gorzej - miłość. Miłość była najlepszym, a i jednocześnie najbardziej ryzykownym rozwiązaniem. Nieuczciwe intrygi warte nawet kilku milionów. Pocałunki przyprawiające partnera o dreszcze i lżejszy portfel.
Uśmiechnął się do siebie, rozglądając się po pomieszczeniu. Po pomieszczeniu wypełnionym rozmaitymi zapachami. Odstawił na chwilę kieliszek z jakimś gównianym, bezsmakowym winem na parapet i poprawił garnitur przesiąknięty zapachem cygara i potu.
Tamtego dnia było chłodno, ale jemu było duszno. Może po prostu dlatego, że wypił za dużo tego ohydnego wina. Być może. Pewnie tak. Wziął długi wdech, a z jego ust wydobyła się czkawka. Pieprzony zabytek. Pieprzone muzeum. Wszystko ozdobione złotem. Pewnie nawet kibel i papier toaletowy były pozłacane. Jednak lubił to. Lubił to, ale też zazdrościł. Tak jak pragnął pieniędzy, to tym bardziej pragnął tutaj być.
— To wino przypomina mi twoje usta — głęboki głos pieścił jego bębenki.
Głos brzmiał jak śpiew ptaków. Głos brzmiał jak szum morza. Głos brzmiał jak dzwonienie dzwoneczków. Jak coś cudnego. Jak coś niepowtarzalnego. Coś, co pragnął nagrać i odsłuchiwać każdego wieczoru, by móc przy tym zasypiać. Być może tylko mu się tak jednak wydawało. Wtedy miał taką nadzieję.
— W takim razie, jeśli wino ci je przypomina, moje usta muszą smakować bardzo ohydnie — odpowiada, uśmiechając się w jego stronę.
Stał naprzeciwko niego, trzymając w dłoniach kieliszek z tym czerwonym gównem. Miał ochotę przekląć. Stał naprzeciwko niego. Było duszno. Było duszno, ale chłodno. Nie. Było duszno i gorąco. Zrobiło mu się gorąco, kiedy spojrzał na jego golf. Na golf, który szczelnie przylegał do jego ciała. Zastanawiał się, jakby wyglądał sznur owinięty wokół tej smukłej szyi. Jakby wyglądał ze sznurem owiniętym dookoła jego szyi zamiast drogiego materiału. Zrobił krok do tyłu. Było mu niedobrze. Niedobrze, zbierało go na wymioty i było duszno, a gdzieś w tle grała tandetna kapela.
— Nie byłbym tego pewny. Wątpię, aby smakowały zgniłymi winogronami, rozcieńczonymi z wodą — mówi i spuszcza wzrok na wino, zataczając kieliszkiem kółka.
Chciał coś odpowiedzieć, ale przerwała mu rozsuwająca się kurtyna, a na scenę wszedł jeden z tych bogatych gości przesiąkniętych zapachem świeżo wyciągniętych banknotów i drogich perfum. Przedstawił się, jednak ten nie zapamiętał jego imienia. Zaczął mówić, a wszystkie spojrzenia były skierowane w stronę prowadzącego. Mówił, jednak on go nie słuchał. Inni klaskali, a on stał z przyklejonym uśmiechem na ustach, czując odurzającą woń kwiatów. Stał obojętnie, a chłopak obok z radością klaskał.
Tak jak kurtyna rozsunęła się na scenie, tak samo rozsunęła się kurtyna i dla niego.
Uśmiechnął się do siebie i skierował do łazienki, nie przejmując się tym, czy chłopak idzie za nim, czy może nie. Wiedział jedno. Wiedział, że nie musiał się tym przejmować. Po prostu to wiedział, kiedy czuł zapach kwiatów za sobą. A zapach był tak cudowny, że aż zapierał dech w piersiach.
2
Było chłodno, a ciało leżące obok niego przytłaczało go. Ciało będące jedynym źródłem ciepła, gdy nawet droga pościel nie mogła go ogrzać. Czuł się przytłoczony, chcąc poczuć dotyk innej osoby na swojej skórze. Czuł się przytłoczony, aż miał wrażenie, że zaczyna brakować mu powietrza. Podniósł się z łóżka, a materiał zsuwając się z jego skóry, spowodował dreszcze. Stał naprzeciwko okna, które nie było dobrze uszczelnione. Stał naprzeciwko okna, a chłód ogarniał jego ciało jeszcze bardziej. Czuł się przytłoczony i było mu duszno, kiedy czuł na swoim ciele zapach kwiatów. Zapach kwiatów, który zdążył znienawidzić w tak krótkim czasie.
Chwycił za niewypalone do końca cygaro i zapalniczkę. Za nieswoje niewypalone cygaro. Trzęsły mu się dłonie. Raczej nie ze strachu. Raczej nie ze stresu. Niechlujnie spróbował je odpalić. Trzęsły mu się dłonie i było mu niedobrze. Dlatego zamknął oczy, opierając ręce na klatce piersiowej. Zamknął oczy, czując zapach tytoniu wymieszany z zapachem kwiatów.
Było chłodno, a miasto za oknem świeciło milionami świateł. Było chłodno na tyle, że zabrakło mu ciepła drugiego człowieka. Tego ciepła, które niby znienawidził, ale zależało mu na nim z innego powodu. Tak, zależało mu. Potrzebował go, ale to była inna miłość. Z innych powodów. Ciepło ogarniało jego bark, szyję i prawy bok. Znowu robiło mu się duszno, ale pomimo tego uśmiechał się (nie) szczerze, opuszczając głowę. Łasił się do niego jak kot. Jak kot, który potrzebował uwagi.
— Mówiąc o tym, że twoje usta smakują wiśniami, okłamałem cię — szepcze, a jego oddech owiewa jego skórę. — Przepraszam.
I to było pierwsze kłamstwo, które wyszło z ust Jooheona.
Nic nie odpowiedział, tylko wypuścił dym z ust. Pragnął, aby ten się od niego odsunął, a jednocześnie pragnął, aby to ciepło nigdy go nie opuszczało. Pragnął, aby ten go znowu pocałował, a jednocześnie, aby jego zapach był najdalej jak to tylko możliwe. Zaprzeczenie wszystkiego. To chyba to nazywało się tym całym paradoksem. To chyba to nazywało się tym całym niezdecydowaniem. To się nazywało ich tak zwaną miłością. Chyba.
Przekręcił głowę w bok, zamykając na chwilę oczy, kiedy poczuł na swojej szyi pocałunek. Znowu czuł na sobie jego dłonie, które błądziły po jego ciele tak delikatnie.
— Zostań, proszę.
Na moment poczuł się zmieszany. Na moment czuł, że brakuje mu tchu. Ale to tylko na moment. Potem uśmiechnął się, wypełniając pokój chichotem. Uśmiechnął się i pocałował go ponownie.
Potem, obiecuje sobie, zostanie tu tak długo, aż mu się znudzi. Zostanie tu tak długo, aż jego pragnienie sięgnie zenitu.
3
Był wieczór, a on siedział na sofie w jego koszuli. Był wieczór, a widok jego mlecznej skóry sprawiał, że zaraz oszaleje. Światło księżyca przedzierało się przez szybę, wędrując po jego ciele, gdy Jooheon stał na środku korytarza. Miał ochotę krzyczeć, że Minhyuk wyglądał niczym anioł. Mógł wykrzyczeć całemu światu, że był piękny. Wygląd Minhyuka ubranego w jego koszulę, trzymającego pomiędzy wargami jego cygaro, które wcześniej on sam palił, sprawiał, że brakowało mu tchu, przez pojawiającą się w gardle gulę. Minhyuk wyglądał niewinnie. Minhyuk wyglądał tak bardzo niewinnie, że miał ochotę pozostawić mu tę jego niewinność. Chociaż ona już dawno została zniszczona. Miał ochotę ofiarować mu wszystko, nawet swoją duszę, tylko po to, aby tamten był szczęśliwy. Był szczęśliwy i był przy nim.
Kłamstwo.
— Kochanie? — szepnął podnosząc na niego wzrok, kiedy tamten ruszył się o krok, a podłoga pod jego ciężarem zaskrzypiała.
Słowo to sprawiało, że jego serce zaczęło bić szybciej. Sprawiało, że miał ochotę go pocałować. Sprawiało, że wariował. Kochanie. Kochanie. Kochanie.
— Tęskniłem — mówi, a on w odpowiedzi uśmiecha się do niego tak jak za pierwszym razem.
Za każdym razem czuł skurcz w brzuchu oraz ucisk w gardle. Minhyuk nie odpowiedział. To nie szkodziło. Minhyuk nie odpowiedział, bo wiedział, że tęsknił za nim tak bardzo, jak on. Miał taką nadzieję. A przynajmniej chciał, aby tak było.
Kłamstwo. Kłamstwo.
— Mam coś dla ciebie — podszedł i stanął za nim.
Wyjął z kieszeni dość delikatny złoty łańcuszek, który już po chwili zdobił jego szyję. Zaczepił go nie dostrzegając uśmiechu na twarzy Minhyuka, który był najszczerszym w ciągu ostatnich miesięcy. Minhyuk mógł podziękować, jednak jedyne co zrobił to westchnął. Myślał o tym, że prezent był rzeczywiście drogi i piękny. Był drogi, piękny i znajduje się na jego szyi. Minhyuk pocałował delikatnie Jooheona. Na tyle delikatnie by móc ponownie poczuć smak jego ust. Smak ust, które kusiły niewinnością.
Kłamstwo. Kłamstwo. Kłamstwo.
4
[lana del rey - carmen]
Postać Minhyuka sprawiała, że wariował, kiedy ten tylko znalazł się na linii jego wzroku. Wariował, kiedy widział jego wystające przez luźną koszulę bądź koszulkę obojczyki. Wariował, kiedy słyszał jego śmiech, czy głos. Wariował, kiedy widział zarys jego ud przez materiał spodni. Ud, które ocierały się o niego w nocy. Wariował, kiedy z nim przybywał i wariował, kiedy tylko po prostu wyczuwał jego obecność.
Był tak oczarowany postacią Minhyuka, że nie zauważał, jak każdego dnia z jego portfela znikało kilka tysięcy won. Nie zauważał tego, jak Minhyuk wyjmuje każdego dnia najdrożej wyglądającą koszulę. Nie zauważał tego, ponieważ Minhyuk był dla niego całym światem.
Niewinny.
Tamtego dnia Minhyuk gadał z kimś przez telefon, gestykulując bardzo wyraźnie. Śmiał się tak głośno, że słyszał go aż w drugim pokoju. Wtedy to po raz pierwszy Jooheon zauważył coś w oczach chłopaka. To nie było to, co był w stanie dostrzec każdego dnia. Tamtego dnia szczenięce oczy chłopaka błyszczały najjaśniej, a w kącikach pojawiały się kurze łapki. Uśmiechał się tak szeroko, tak pięknie, że Jooheon mógł poczuć się zazdrosny o jego osobę.
Gdy tamten zakończył rozmowę, spojrzał na Jooheona i po raz pierwszy, zadał mu pytanie czy mógłby pożyczyć mu trochę pieniędzy. Zgodził się. Zgodził się, ponieważ chciał dla niego dobrze. Chciał dla niego dobrze i chciał podarować mu wszystko. Chciał mu podarować wszystko, a zwłaszcza miłość. Jooheon kochał go jako kochanka. Jako kochanka i jako osobę, z którą chciałby spędzić resztę życia.
— Dziękuję — odpowiedział i dopiero po tym go pocałował.
Jednak tamtym razem poczuł tylko smak zgniłych winogron rozcieńczonych z wodą. Tamtego dnia po raz pierwszy pomyślał o tym, że ich miłość właśnie miała taki smak. Ich miłość nie smakowała niewinnością, czy słodkimi wiśniami. Tylko że, to było wtedy. To było tylko tamtego dnia.
Pierwszy raz, ale nie ostatni.
Pożegnał go muśnięciem dłoni w policzek i zniknął wieczorem. Tak jak zapamiętał. Tamtego wieczoru Jooheon leżał w łóżku sam i wyobrażał sobie, że leży obok niego Minhyuk, przytulając się do niego. Tęsknił. Jednak tamtego wieczoru Minhyuk przytulał się do ramienia innej osoby. Minhyuk całował inną osobę, tym razem szczerze. Jooheon nie spał, oczekując powrotu swojego kochanka.
Niewinny. Niewinny. Niewinny.
Jooheon nie wiedział, że ta miłość go zabije.
Nie wiedział, że Minhyuk go nie kochał. Nie kochał go, ale kochał dostatnie życie. Tak długo, jak było to możliwe, Jooheon wmawiał sobie, że Minhyuk odwzajemnia jego uczucia.
Jooheon nie wiedział, że ta miłość go zgubi.
Kłamliwy. Winny.
5
Minął kolejny rok, a Minhyuk w tym czasie zdążył znosić jego wszystkie koszule. Minął kolejny rok, a Minhyuk znał na pamięć jego ciało. Minął kolejny rok, a Minhyuk był w stanie wymienić wszystkie jego wady i zalety. Głównie wady. Wszystkie cechy charakterystyczne w tym liczbę pieprzyków na jego ciele. Zapamiętał strukturę jego skóry, zapamiętał wszystkie zagłębienia, smak i zapach jego ciała. Minął rok od kiedy Minhyuk oficjalnie zakochał się w osobie Jooheona a przynajmniej tak to miało wyglądać.
Minął rok, a Minhyuk siedział na plecionym krześle. Tuż obok niego rozrastał się bluszcz, a chmury wolno płynęły po niebie. Głowę miał opartą na dłoni, która oparta była o barierkę. Wiatr kołysał koronami kwitnących drzew wiśni. Płatki łagodnie opadały na wydeptany chodnik przed ich domem. Jego włosy były roztrzepane, a na szyi widniały fioletowe ślady. Różowe płatki wiśni spadały na jego czerwone włosy. Wiatr muskał jego policzki i podwiewał koszulkę. Było chłodno, ale lubił tego rodzaju chłód. Lubił tego rodzaju chłód, a Jooheon za ścianą wpatrywał się w niego przez zaparowane drzwi balkonu.
Siedział na łóżku i zastanawiał się nad tym, jakim cudem fioletowe ślady na jego szyi znalazły się jeszcze przed jego pocałunkiem. Jakim cudem oczy Minhyuka już przed jego dotykiem, błyszczały tak jasno. Tak jasno i tak (nie) niewinnie.
Minął rok, a Jooheon zauważył krwiste ślady na szyi Minhyuka i jedyne co czuł to zapach wody kolońskiej. Zapach nieznanej mu wody kolońskiej.
6
Rok następny smakował gorzej niż zgniłe winogrona rozcieńczone z wodą. Rok następny był gorszy niż poprzedni, a Jooheon już nie udawał radości w towarzystwie Minhyuka. Nie udawał i to po raz pierwszy, tamtej nocy rozpłakał się, odwracając się plecami do Minhyuka, który (nie) spał na drugim końcu łóżka.
Miał nadzieję, że nikt go nie słyszy. Jednak w ciemnościach nie był w stanie zauważyć cynicznego uśmiechu Minhyuka. A szkoda. Szkoda, bo wtedy Minhyuk po raz drugi wyglądał na bardzo szczęśliwego.
7
Tamtego roku, Minhyuk miał na sobie najdroższy zegarek i łańcuszek, obcisłe spodnie i wyraźnie podkreślone oczy. Siedział w jego gabinecie przy biurku, a Jooheon przeczesywał wzrokiem wszystkie możliwe papiery.
— Kochanie? — mruknął.
Zszedł z biurka i usiadł na jego kolanach, kiedy nie usłyszał odpowiedzi przez dobre parę minut. Wtedy nie zwracał uwagi na spadające z blatu papiery. Nie zwracał uwagi na nieobecny wzrok Jooheona, kiedy położył swoje dłonie na jego klatce piersiowej.
— Kochanie.
Słowo to sprawiło, że serce zaczęło go boleć. Słowo to sprawiło, że miał ochotę go pocałować, w ten sposób, aby już na zawsze czuć smak jego ust na swoich. Słowo to sprawiało, że wariował.
Czuł jego chłodny dotyk na swojej skórze i to spowodowało, że po jego ciele przeszły dreszcze.
— Potrzebuję paru wonów — szepcze, szturchając nosem jego szyję.
Rok następny smakował gorzej niż zgniłe winogrona rozcieńczone z wodą. Pachniał gorzej niż kwiaty i był chłodniejszy niż rok poprzedni. W tamtym momencie mógł się zgodzić, jednak jedyne co zrobił, to uśmiechnął się do niego szeroko. W tamtym roku mógł mu ofiarować całusa w policzek, a w tym roku chwyta go za chłodną jak trup dłoń i odtrąca ją od siebie.
— Przepraszam.
Nie wiedział dokładnie za co przeprasza. Nie wiedział, ale to sprawiło, że po raz kolejny zauważył ten (nie) cudowny uśmiech. Słyszał ten (kłamliwy) cudowny śmiech. Słyszał ten (fałszywy) głos. Czerwonowłosy oparł głowę o jego ramię, owijając rękoma jego sylwetkę. W odpowiedzi nie dotknął go, tylko zamknął oczy, wdychając zapach taki, jaki polubił.
— Zgrzeszyłem Joo.
— Wiem.
— Ale miłość jest piękna— szepcze, po czym czuje jego oddech tuż przy swoim uchu. — Ale miłość jest też najniebezpieczniejszą rozgrywką. Kochanie.
Kłamliwy. Winny. Zdradliwy.
Takiego go pokochał.
8
Zapach słodkich wiśni ulatniał się każdego coraz bardziej. Sam zapach kwiatów pozostawił na łóżku ślady, a brakowało w nim tylko jednego. Brakowało w nim tylko zapachu Minhyuka, który słabnął każdego dnia, kiedy go nie było i znikał dniami z domu. Znikał dniami i wracał późnymi wieczorami.
Jooheon nie za każdym razem zgadzał się na zachcianki Minhyuka. Nie zgadzał się, a Minhyuk każdego dnia jedynie żegnał go z uśmiechem na ustach. Żegnał go mówiąc do niego, że (nie) go kocha. Żegnał go mówiąc do niego, że go (nie) kocha.
9
[alt-j - in cold blood]
Tamtego wieczoru Jooheon siedział w swoim gabinecie, czekając na powrót swojego kochanka. Siedział z cygarem pomiędzy ustami i nawet nie wiedział, że z jego oczu płynęły tak słone łzy, że miał ochotę zwymiotować. Miał ochotę zwymiotować ze swojej słabości. Siedział do późna, a światło księżyca błądziło po pomieszczeniu. Mała lampka świeciła się, podświetlając jego biurko. Smugi odbijały się po panelach, a w całym pokoju pachniało tytoniem. Pachniało Minhyukiem.
— Kochanie?
Uśmiechnął się, słysząc jego głos. Chłopak niepewnie wystawił głowę zza futryny drzwi, a Jooheon strzepał wypalony tytoń do popielniczki. Minhyuk niepewnie stawiał kroki w jego kierunku, mając na sobie długi płaszcz. Jego długi kaszmirowy płaszcz.
— Noc jest piękna, prawda? — pyta, krzyżując nogi.
— Coś się stało?
— A miało? — usiadł naprzeciwko niego.
Tym razem jego oczy znowu świeciły jasno. Świeciły jasno i tak pięknie.
— Chciałbym spędzić ją razem z tobą — szepcze, odwracając od niego wzrok.
Nie chciał na te oczy patrzeć. Nie chciał ponownie robić sobie nadziei.
— Nie mogę.
— Wiem.
— Przepraszam, ale jestem zmęczony.
— Rozumiem.
Kłamał. Zapach nieznanej mu wody kolońskiej drażnił mu nos.
— Mam pytanie.
— Śmiało.
— Za co mnie tak naprawdę kochasz? — pyta, a słowa odbijają się echem po pokoju.
Minhyuk uśmiechnął się. Uśmiechnął się w ten sposób, jaki Jooheon był w stanie zauważyć, kiedy tamten gadał z kimś przez telefon. W ten sposób, jaki nie był w stanie zauważyć tamtego wieczoru, kiedy ten leżał odwrócony do niego plecami. W taki sposób, jaki nie był w stanie zauważyć, kiedy podarował mu naszyjnik.
— Napijmy się — proponuje i wstaje z miejsca, zasuwając za sobą krzesło.
Jooheon śledził jego każdy ruch. Śledził każdy jego ruch uważnie.
— Chciałbym, abyś był ze mną szczery — mówi, gdy Minhyuk staje naprzeciw małej komody, na której znajdowała się półka z winami.
— Wiesz, że gram na pianinie? — szepnął.
Tamta noc wydawała się trwać lata. Lata bądź wieki. Księżyc świecił wysoko, a skóra Minhyuka znowu błyszczała się tak pięknie. Miał na sobie czerwoną koszulę z przepasaną wstążką na szyji.
Jooheon śledził jego każdy ruch. Przynajmniej miał takie wrażenie. Jednak nie zauważył tego, jak chłopiec wsypał coś do jego trunku, a uśmiech ani razu nie zszedł z jego twarzy.
Potem odwrócił się w jego stronę, podając kieliszek prosto do rąk.
— Ohydne — komentuje, kiedy zatapia usta w czerwonym jak jego usta winie.
— Co nie? — zaśmiał się, a Jooheon zmarszczył brwi. — Popatrz! Pierwszy raz przyznałem ci rację. Wino jest ohydne — położył kieliszek na biurku i poprawił się na krześle, opierając brodę o złączone ze sobą dłonie. — Jak nasza nie miłość. Jak rozcieńczone z wodą wino winogronowe.
Nastała cisza, aż do momentu, gdy Jooheon poczuł się dziwnie. Minhyuk zaczął mu się bacznie przyglądać.
— Duszno tu — powiedział Jooheon próbując poluzować golf, ściśle przylegający do szyi.
— Wydaje ci się.
— Raczej nie.
Miał wrażenie, że wzrok Minhyuka przewierca go na wylot. Czuł jak wiotczeją mu mięśnie. Czuł jak coraz ciężej mu oddychać. Czuł jak ciężko jest mu zapanować nad własnym ciałem. Czuł jak motyle w brzuchu powoli wyjadają jego wnętrzności.
— Minhyuk? — szepnął, kiedy niekontrolowanie zsunął się z krzesła, uderzając głową o podłogę.
Czuł promieniujący ból, który nasilał się z każdą minutą. Czuł okropny ból, jednak nie był w stanie podnieść ani głowy, ani ręki, aby przynajmniej złapać się za bolące miejsce.
— Chyba za dużo wypiłeś — jego kochanek spoglądał na niego z góry. Spoglądał na niego stojąc obok, mając dłonie schowane w kieszeniach od spodni.
Tamtej nocy było pochmurno, a wszystkie gwiazdy pochowały się za granatowymi chmurami. Pochowały się, nie mogąc patrzeć na chłopaka, który przeciągał swojego kochanka na ich wspólne łoże.
Minhyuk w końcu położył Jooheona na łóżku, ułożył się obok niego, opierając głowę o jego klatkę piersiową, aby słuchać równomiernego oddechu. Złączył ich dłonie, splatając ze sobą palce. Leżał wsłuchując się w jego bicie serca, które z każdą minutą słabło. Leżał z zamkniętymi oczami, wsłuchując się w odgłos jeszcze bijącego serca i deszczu padającego za oknem.
— Kochanie... — szepnął, uśmiechając się po raz kolejny.
Takiego zapamiętał go Jooheon. Zapamiętał go jako wiecznie uśmiechającego się chłopaka. Zapamiętał go jako zdradliwego kochanka, przesiąkniętego zapachem dobrego tytoniu i okropnej wody kolońskiej. Tamtego wieczoru Jooheon płakał, ale nie mógł go odepchnąć. Tamtego wieczoru brzydził się jego niewinnością i słodkimi kłamstwami.
Tamtego wieczoru Jooheon umarł na ich wspólnym łóżku, mając oczy szeroko otwarte i mokre od łez policzki, a Minhyuk leżał obok, przytulając się do jego martwego już ciała.
Minhyuk po raz ostatni pocałował Jooheona w usta, kiedy nie usłyszał bicia jego serca. Minhyuk tamtego dnia po raz ostatni pojawił się w tym domu, zabierając ze sobą cały majątek, a całą winę zwalając na zawał serca.
Tak jak ich miłość smakowała zgniłymi winogronami rozcieńczonymi w wodzie, tak Minhyuk miał wrażenie, że jego skóra była przesiąknięta zapachem kwiatów. Tak jak Minhyuk odnosił wrażenie, że jego skóra była przesiąknięta zapachem kwiatów, tak odnosił wrażenie, że nawet jego dusza pachnie Jooheonem.
A na każdy szept wypowiedziany z ust Minhyuka, Jooheon już ani razu nie odpowiedział.
Kurtyna zapadła, a przedstawienie się zakończyło.

0
Prześlij komentarz